taon blog

Twój nowy blog

Wyrosłem z potrzeby krzyczenia światu, że kocham, że jestem kochany, że wokoło mnie biją promyki szczęścia.

Wyrosłem z wiary, że internet jest anonimowy.

Wyrosem z okresu kiedy nie wiedziałem co robić z wolnym czasem.

Wyrosłem z pisania bloga o sobie.

Nie chcę Ciebie zostawiać bez słowa… Nie jest to pożegnanie. To czytelna informacja dla Ciebie, że mnie już tutaj nie ma. Tak naprawdę Taon był tutaj pięć lat temu. Potem to już tylko było pokazywanie jak najmniej Taona i ER. Oni żyją w realnym świecie, nie chcą się afiszować. Chcą być gdzieś w cieniu z dala od zgiełku manifestacji, blasku tęczowych flag czy pisku środowiska na zakupach… To nie dla nich. Oni wola… heh… miało już o nich nie być!

A w między czasie niepisania czytałem, kupowałem nowe książki, może podzielę sie swoimi odczuciami po lekturze… Choć w zasadzie wiekszość recenzji publikowanych w necie trafnie oddaje opisywane „czytadła”… Tak więc czy warto ciągnąć bloga na ktorego od kilku lat Taon nie ma pomysłu i serca… Moze warto powiedzieć dość, czas skończyć…

Czas pokaże…

23 lutego, premiera nowego teledysku Justyny Steczkowskiej w poznańskim klubie… Tyle napisał jeden z „naszych” portali.

Zaciekawił mnie ten temat, tym bardziej, że teledysk miał być pierwszym(?) polskim teledyskiem o tematyce homoseksualnej…
Kilka dni minęło, temat uciekł mi z głowy, ale Tajemniczy Chłopak przypomniał mi linkiem, że już czas premiery był, że mówiło się w radiu o tym teledysku i podesłał link do teledysku.
Zawołałem ER, kliknąłem i zaczęliśmy oglądać i słuchać…

Dogłębnie przenikliwy głos Steczkowskiej i słowa

”Daj mi chwilę, chociaż tyle, ale nie zostawiaj nigdy już.
Daj mi chwilę, tylko tyle, chce byś był zawsze ze mną tu.”
i oglądany obraz sprawiają, że pojawiają się na moich plecach „ciarki”…

Takie słowa zawsze poruszają moją dusze. Przecież być razem to całe nasze istnienie…
Teledysk kończy się, melodia wybrzmiewa…
Chwila zadumy… zastanowienia… i pojawia się w mojej głowie zawód…

Oczekiwałem na prawdziwy teledysk ”o tematyce homoseksualnej”, a oglądnąłem coś na kształt melodramatycznej historyjki, gdzie przeplata się niespełniona(?) miłość, radość z rocznicy(?), a schematyczne emocje wywoływane są banalnymi kadrami w stylu, tort, szampan, spontaniczne zdjęcie, całująca się na powitanie heterycka para, czy idąca matka z wózkiem… mało homoseksualne jak dla mnie…
A co widać jak się przyjrzeć? Matka zawiedziona synem, brak akceptacji z jej strony, wypadek spowodowany kłótnią(?), pogrzeb, grób i matka opłakująca swojego syna… To nie buduje pozytywnych emocji…
Całość teledysku rehabilituje, spóźniony co prawda, gest matki przy grobie syna… Jedyne co sprawiło, że będę mówił o tym teledysku ze jest „nasz”…

”Ciągle czekam na kolejny raz.
Wiem, że daleko stąd, ktoś słyszy mnie…”

i wierzę, że zobaczę, budujący teledysk, film polski o nas…

 

 

Nie wiem który teledysk można nazwać „pierwszym polskim teledyskiem o tematyce homoseksualnej”, ale dla mnie będzie to ten teledysk… prostszy sposób, na pokazanie, emocji i piękna.

Szkoda, że na takie teledyski decydują się tylko wokalistki. Panowie, do dzieła! :-)

 

 

Dawno temu postanowiłem sobie tropić filmy z „watkami”…
Co jakiś czas pojawiały się tutaj krótkie refleksje na temat filmu czy książki…

I tak oto wczoraj po dość długim ociąganiu (nie wiem dlaczego) oglądnęliśmy film Beautiful Thing.

Po takich filmach jest mi lżej na duszy, a wewnętrznie czuje spokój…
To film, pokazujący w prosty sposób trudne chwile dla każdego młodego geja. Przecież któż z nas nie chciał się przytulić do chłopaka, który odwzajemni uczucie… Wydaje się to takie banalne, ale w wieku nastu lat dla wielu jest to coś nieosiągalnego.

Nie opowiem o filmie. Wykorzystam zdobycze techniki i sam będziesz mógł poczuć ulotny klimat filmu…

071113-pryzmat.jpg

Byłem na pierwszym festiwalu filmów LGTB.
Warszawa – ostatni weekend spędziłem w kinie Luna. Filmy o tematyce, jakiej niestety nie ma w Multikinie… A dookoła inni kochający tak jak ja.
Chciał bym Tobie opowiedzieć co widziałem co przeżyłem, ale tak się nie da… To trzeba zobaczyć, poczuć klimat, zaistnieć w społeczności innych oglądających i poczuć się jednością. To takie chwile, kiedy cieszę się, że mogę być gejem czuć się jedną wielką wyróżnioną rodziną…

Swój klimat miała też pospieszna wizyta w naleśnikarii z tęczowymi flagami… I znowu wszystko przyjazne, miłe, uśmiechnięte (Łukasz?), a my mogliśmy śmiać się, być sobą, jak to niewiele potrzeba żeby poczuć się wolnym w okazywaniu siebie…

Zastanawiam się jaki film zrobił na mnie największe wrażenie. I ciężko mi to stwierdzić.
Może ten który pierwszy widziałem… a była to „reklamówka” puszczana przed każdym seansem…

Tym razem postanowiłem włączyć radio internetowe. Już mi sie znudziła muzyka na dysku, lubię to napięcie i ciekawość kiedy zastanawiam się co za piosenka będzie następna. No i włączyłem gayradio – chyba po raz drugi w całej mojej długiej karierze słuchania internetowych rozgłośni. Ku mojemu zdziwieniu z głośników zaczęła sie sączyć mila, spokojna muzyczka… ChillOut. Piękne tło do czytania książki, czy choćby pisania bloga… ;-) I nawet głos prowadzącego całkiem miły taki naprawdę radiowy… tylko dlaczego cały czas przerywał muzykę i czytał rozważania o kłamstwie miedzy dwoma słuchaczami… I nawet moją kochaną Enya przerwał kilka razy… trochę to zepsuło klimat audycji… no ale może nie wczułem się w słowne potyczki obydwóch słuchaczy. A Enya i tak sobie posłucham potem w całości już nie w radiu ;)

Tak, wiem, skasowałem poprzednią notkę. Nie pasowała do tego miejsca, mimo iż była ona w większości cytatami z książki Jamie O’Neilla „Dwaj w morzu pływacy”…

Wiesz, znalazłem wczoraj na jednej z aukcji książkę której nie mogłem nigdzie kupić. Co prawda już ją czytałem i opisałem nawet krótko tutaj. Była nawet swego czasu w jednej z internetowych księgarni. Ale ja miałem pożyczoną i dopiero jak przeczytałem to zapragnąłem ją mieć także dla siebie. Wówczas nigdzie już jej nie było. I tak mimo chodem przeszperałem, przez „przypadek” aukcje internetowe i wczoraj znalazłem. Dawno się tak nie ucieszyłem. I jakież było moje zdziwienie kiedy wiwindowałem cenę tej książki na aukcji do 80 zł. Mimo iż „licytacje” zacząłem 5 minut przed końcem aukcji… myślałem, że nikt nie będzie książką aż tak bardzo zainteresowany… no cóż, nie udało mi się tym razem. Ale nie tracę nadziei. Tym bardziej, że dawno temu wymyśliłem sobie, że dostanie tę książkę Tajemniczy Chłopak, dzięki któremu pojechaliśmy na koncert Georga do Warszawy… Miała być to taka mała niespodzianka od nas. ech… Ciągle pozostaje to w sferze moich planów, a plany są po to aby je realizować…

No dobrze, audycja chilloutowo-ambientowa powoli dobiega końca. Znak, że czas skończyć zanudzać Ciebie tą notką.

Dzisiejszy poranek był tak bajeczny, że chciał bym go przeżywać każdego dnia. Budzik zadzwonił jak każdego dnia o 6:30. ER jako pierwszy wygramolił się z łóżka. Miałem jeszcze czas dojrzeć do tej trudnej decyzji, aby wstać. Za oknem słychać było równomierne krople letniego deszczu, a niebo pokrywały szare, ciężkie chmury, pierzynka otulała mnie z czułością. Wiadomo, że w takich chwilach myśli się o urlopie na żądanie. Słyszę ER krząta się w kuchni i przygotowuje śniadanko. Jeszcze nie czas na wstawanie, jeszcze wykorzystam tą chwile i nacieszę się wygodą poduszki pod głową. Słyszę jak ER oznajmia mi z kuchni, że śniadanie gotowe… czas wstawać… siadam na łóżku… chcę się choć przez chwilkę jeszcze nacieszyć ciepłotą i miękkością… I wówczas to ER wślizguje się pod kołdrę i mocno mnie tuli… i tak leżymy kilka chwil, a dla mnie to chwile upojne… mmm…
A po pracy w planach mamy wyjście do kina, nie na Shreka 3, jakoś pierwsza część ogra w zupełności wystarczy… Idziemy zobaczyć co też oferuje nam „Zodiak”, może uda się powtórzyć duszną i ciężką atmosferę „Seven”… szkoda, że nie będzie Brada Pitta, no ale Jake Gyllenhaal musi też wystarczyć!
A jutro kolejny poranek, u boku ER, wspólne śniadanie… To piękne, że mogę to przeżywać każdego poranka…

Przyszedłem do pracy, jak zwykle zaspany i zniechęcony do porannego wstawania.
Dzwoni telefon.
Odbieram, dzwoni ER.
- Możesz słuchać o 9 radia? – mówi.
Chwila zastanowienia i już wiedziałem, co ER miał na myśli.
To przecież dzisiaj o 9 rano zabrzmi Polka, wprawiająca mnie w super nastrój i chęć do wielu rzeczy…
Przecież to 21 czerwca i pierwsza tego lata audycja „Lato z radiem” :-)
Doczekałem do 9 i usłyszałem ten dobrze mi znany sygnał… Sygnał z którym mam tyle miłych wspomnień, kiedy to np z ER słuchaliśmy go będąc na Mazurach, leżąc w kajucie żaglówki kołysanej delikatnie falami mazurskich jezior…
Kto wie kiedy bym sobie przypomniał, że o 9 rano słychać tą energetyzującą mnie muzyczkę.
Teraz dzień w pracy będzie od rana polegał na oczekiwaniu do 9 ;) a o 9 tańce, radość i… kawa :D

Pomysł liczenia gejów zaświtał w głowie Wiceministra zdrowia… Jak usłyszałem te słowa to włos zjeżył mi sie na głowie…
Co sobie ci ludzie w rządzie wyobrażają, nie mają pilniejszych spraw?
Zaraz potem nastąpiło wyjaśnienie o „lapsusie” i „przejęzyczeniu” Wiceministra, który nie chce się przyznać, że pomylił gejów i lesbijki z pedofilami…
No cóż jeżeli dla „rządzących” gej i pedofil to określenia tożsame to chyba warto mówić głośno o braku wyedukowania i uświadamiać, że gej nie jest jakimś straszydłem, które czyha na dzieci…
Szkoda nawet komentować takie „lapsusy” i „przejęzyczenia” bo takie sytuacje pokazują kto rządzi naszą Ojczyzną i jak mamy niewyedukowanych i światłych polityków. A komentarz ze strony koalicjantów „że takich polityków dostają do rządzenia” jest tłumaczeniem dziecka… ech…

Od koncertu Lorreny upłynął prawie miesiąc… A mnie pochłonęły obowiązki dnia codziennego…
Wrócę dla Ciebie myślami w tą już dość odległą przeszłość… i opowiem jak było, chociaż w kilku akapitach…

070421a.jpgDo Berlina przyjechaliśmy tego samego dnia, którego był koncert. Hotel zarezerwowaliśmy via internet, wszystko wirtualnie. Jakie to ułatwienie. Jeszcze do tego Google Earth pomagało. Bez problemu można było znaleźć hotel na zdjęciu satelitarnym, zobaczyć jak daleko jest od miejsca koncertu, dworca itp. I tak to wybierając jak najoptymalniejsze miejsce noclegu, zapłaciliśmy tez przez internet za hotel. Odnalezienie hotelu już w Berlinie było o tyle łatwe, że całą drogę wydrukowaliśmy sobie jeszcze w Polsce i teraz tylko wystarczyło iść wyznaczoną czerwonym pisakiem trasą. Trochę sie obawialiśmy co to za hotel będzie, gdyż jednym z czynników, którym sie kierowaliśmy była niska cena. Na szczęście hotel okazał sie super. Z barkiem w pokoju, małżeńskim łóżkiem, kartami magnetycznymi zamiast kluczy… Ruszyliśmy w miasto… a po zwiedzaniu prosto na koncert..

Koncert zaczął sie punktualnie. Loreena zaczęła śpiewać. Od razu zaczęła rozchodzić sie dookoła magia muzyki i tego jej dźwięcznego i silnego głosu. Po kilku utworach ER był pod wrażeniem czystości i dokładności głosu Loreeny. Wszystko co śpiewała było mi dokładnie znane z płyt. Nie było ani jednego fałszywego dźwięku, ani jednej innej nuty. Sama doskonałość!
Koncert trwał ponad 2 godziny z krótka przerwą. Loreena postarała się, zaśpiewała wszystkie swoje „hity” (jeśli można to tak nazwać). ER obeznany mniej z jej repertuarem czekał na konkretna piosenkę, w której Loreena śpiewa „bez słów” – tylko „lalala”. Żartujemy sobie, że Loreena zapomniała słów… na szczęście nie zapomniała i tego utworu zagrać. Byłem szczęśliwy, widząc kątem oka ER wsłuchanego w „lalala” Loreeny!
Lorena zaskoczyła mnie jeszcze umiejętnością gry na fortepianie i klawiszach, bo że grała podczas koncertu jeszcze na harfie, harmonii mogłem sie spodziewać.
Oklasków na zakończenie nie było końca, były bisy, kwiaty radość. Znając całą wydaną(?) twórczość Loreeny byłem mile zaskoczony kiedy nie rozpoznałem dwóch nowych utworów, a jeden zagrany w innej wersji.

070421b.jpg

Reasumując był to mój wymarzony koncert, na którym nigdy nie sądziłem, że będę. Loreena wydawała mi się artystką tak odległą i tak ulotną, że nie wierzyłem iż kiedykolwiek będzie koncert w którym będę mógł uczestniczyć. Dlatego tym bardziej moja radość była nie do opisania kiedy siedziałem, słuchałem i widziałem Loreene. I muszę powiedzieć, że wokalnie Loreena jest fenomenalna. Zamykając oczy można było odnieść wrażenie, że wszystko grane jest z płyt… a to przecież Loreena sama grała… :D Nie mniej na 10 osób na scenie dookoła były aż trzy wielkie stoły mikserskie z światełkami, pokrętłami i monitorkami, nie wspominając o kilku monitorach LCD na których skakały wykresy itp…


  • RSS